sobota, 12 kwietnia 2014

Bohaterowie Edge of the Empire

Siemano.

Dziś wpis wybitnie użytkowy.
Jedną z zasad, których trzymamy się na sesji jest ta, że prowadzący trzyma u siebie karty postaci. Chociaż zasada to za mocne słowo, zwyczaj czy przyjęte rozwiązanie byłyby bardziej na miejscu. Na różnych etapach mojego grania praktykowałem różne metody – a to karty zostawały w lokalu w którym graliśmy najczęściej, a to każdy zabierał swoją. Ale wtedy co jakiś czas były z tym problemy – bo a to ustawialiśmy się na sesję gdzie indziej, albo ktoś zapominał. A karta bohatera, zwłaszcza przy kampanii to coś, co warto mieć. Dlatego trzymam karty u siebie. Ja ich nie zapominam.
I dlatego piszę tą notkę – by Aghad z Elfem mogli zerknąć na swoich bohaterów między sesjami. 

Aha – niektóre terminy mechaniczne pozwoliłem sobie podawać w moim chałupniczym, na bieżąco sklecanym tłumaczeniu, byśmy wiedzieli o czym gadam na sesji bez tego anglo-polskiego bełkotu. Czasem nieuniknionego, to prawda, ale zawsze niemile widzianego.
To jedziemy?

środa, 9 kwietnia 2014

Edge of the Empire - pierwszy kontakt

Cześć.

Jak zapewne wiecie grą na topie jest obecnie Edge of the Empire. Tzn. przynajmniej w Rebelu jest na pierwszym miejscu bestsellerów wśród anglojęzycznych RPG. Ja wiem, hobby jest niszowe, a anglogranie to nisza niszy i pewnie ta palma pierwszeństwa przekłada się na kilkanaście sprzedanych podręczników. Jednakże w skali Przenajświętszej jest to sporo, jak sądzę.
Recenzje gry są optymistyczne. Ba, wręcz ekstatyczne. Że ponoć fajnie, a wręcz ekstra, chwilami super, w porywach do rewelacyjnie. 
Nabyłem podręcznik, nabyłem kostki, zebrałem drużynę i, w ramach nauki rzecz jasna, postanowiłem zmierzyć się ze scenariusze Trouble Brewing z podstawki. Tak naprawdę scenariusz jest prosty, a motywy w nim występujące są oklepane. Ale jest fajny, pokazuje różne aspekty gry i można przetestować różne manewry, więc zabraliśmy się do rozegrania go. 
Jak to z moimi raportami bywa, to kursywą będę zapisywał wszelkie uwagi odnośnie scenariusza, mechaniki, didaskaliów i takich tam.

piątek, 4 kwietnia 2014

Deadlands Noir

Cześć.

Gdyby ktoś miał mnie kiedykolwiek zapytać o ulubioną linię wydawniczą, to bez wahania odparłbym – Deadlands. Podręczniki do Deadlands Classic uwielbiałem. Potem nadeszło Hell on Earth – które zrobiło mniejszą furorę, co stwierdzam żalem. Żal wynika z tego, że linia Hell on Earth też była kapitalna, równie dobra jeśli nie lepsza niż w Classicu. Potem pojawiło się Lost Colony, które zupełnie przeszło bez echa – nie będę ukrywał, na temat tej odnogi Deadlands nie mam zdania, bo po prostu nie miałem tych podręczników w łapach.
Potem nadeszła era Reloaded- te podręczniki lubię trochę mniej – z paru względów. Po pierwsze – storylinia poszła naprzód i kilka najlepszych bajerów fabularnych zostało rozwiązanych – sprawa Daviesa, wojna domowa, wyścig do Californii i tak dalej. Deadlands Classic miało świetną sytuację wyjściową, Reloaded ma trochę gorszą (choć zimna wojna między Unią a Konfederacją ma ogromny potencjał). Po drugie – mniej do mnie przemawia formuła kampanii splotów – chociaż są i perełki (o jednej z nich napiszę dzisiaj) i średnio przepadam za Savage Tales. Po trzecie – frakcje istniejące w świecie gry za bardzo rzutują na oficjalne kampanie. Jakby mniej zrobiło się scenariuszy o przeróżnych „niezrzeszonych” stworach i bandziorach. Teraz widzę więcej historii o tym, jak to frakcje się żrą, a bohaterowie trafiają w tryby większej przepychanki między baronami kolejowymi, serwitorami i (czasami) Whateleyami. Po czwarte – mistrzowie sztuk walki stali się zbyt wszechobecni. No bez kitu, w Last Sons wolałbym walczyć z wygrzebanymi rewolwerowcami, a nie z samurajami na parowych rowerach.
Nie zmienia to jednak faktu, że dalej oceniam linię Reloaded bardzo wysoko. Srebrny medal, to w końcu dalej medal. Czasami tylko z rozrzewnieniem wzdycham za Back East: The North/The South, River o’ Blood, Lost Angels czy South o’ Border. 
Hell on Earh Reloaded to podręcznik, który zrecenzuję zaś w czasie najbliższym. Dla niecierpliwych: jest spoko – niezła kompilacja materiałów ze starej podstawki i dodatku Wasted West uzupełniona o wydarzenia The Harvest (akurat tu bez peanów) i zasady do Savage Worlds. Trochę nie leżą mi grafiki (chociaż Tomasz Tworek dalej w formie), ale podręcznik warty zakupu.

Dla dzisiejszej notki istotny jest fakt, że nie tak znowu dawno linia Deadlands dorobiła się kolejnej odnogi – mówię o Deadlands Noir. I właśnie dwa podręczniki tej linii – podstawkę oraz Companiona chciałbym Tobie przybliżyć. Dziś zaczniemy od tego pierwszego.

niedziela, 30 marca 2014

Po co nam storylinia?

Cześć.

Tytuł niniejszej notki nie jest pytaniem od którego wyjdę sobie niczym licealista do rozprawki. To
autentyczny problem, który zastanawia mnie od dawna. Oczywiście - na RPGowym gruncie. Do czego służy storyline?
Na pewno, szanowny czytelniku, wiesz czym jest storylinia. Jeżeli jednak nie wiesz, bo trafiłeś tu przypadkiem (a ponoć poszukiwania pornografii w niejedno miejsce mogą zaprowadzić), to już tłumaczę - ze storylinią w przypadku gry RPG mamy do czynienia wtedy, gdy kolejne podręczniki danej linii wydawniczej prezentują kolejne następujące wydarzenia świata gry, co daje wrażenie jakoby świat ten żył i zmieniał się na bieżąco.
I tak, wiem, storylinia to paskudne i nieładne określenie, prawdziwy językowy bazyliszek (na moment kamienieję za każdym razem, gdy je zobaczę, lub zapiszę), jednak żadnego lepszego pod ręką nie mam. Linia fabularna to chyba nie to samo - bo równie dobrze może odnosić się do całej linii wydawniczej. Wróćmy do samej storylinii.
Pozornie pomysł jest kapitalny. Nasz rzeczywisty świat się zmienia, płynie i ewoluuje jak w mokrym (bo z rzeką w roli głównej) śnie Heraklita z Efezu, więc czemu nie miałoby się tak dziać w świecie fikcji? 
Ponieważ, że pozwolę sobie przywołać słowa Gałczyńskiego, mam w Efezie pańskiego Heraklita! Bo świat gry rządzi się innymi prawami. Bo widziałem kilka podejść do tematu i żadne mnie nie urzekało.
Okej, może zaczniemy od tych przykładów. Weźmy na warsztat wielką trójcę.

sobota, 15 lutego 2014

Worlds on Fire

Cześć


Jakiś czas temu popełniłem recenzję Toolkita do Fate Core. Był fajny, wręcz przebogaty, chociaż brakowało mu jednej rzeczy – było zbyt mało przykładów, nie pokazano jak w praktyce funkcjonują rozwiązania w Toolkicie proponowane. Chciałem tych przykładów. Ba, potrzebowałem ich.
Dlatego też, gdy tylko w Rebelu pokazały się Worlds on Fire i Worlds of Shadow, zaświerzbiły mnie łapy. 
Co to za podręczniki? To dwa zbiory settingów do Fate Core – różnych, przeróżnych. Przyznam szczerze, że nie szukałem sobie nowych settingów – oba podręczniki kupiłem w celach edukacyjnych – chciałem obejrzeć jak inni dostosowują Fate do swoich potrzeb i dzięki tej wiedzy lepiej przenosić do gry własne pomysły (a mam ich trochę). Jednak nie wykluczałem opcji w której jeden z opisywanych światów porwie mnie do gwiazd, zauroczy, a potem rzuci na glebę – i to wszystko, rzecz jasna, w pozytywnym tych słów znaczeniu. 
Dlaczego o tym piszę? Bo właśnie pod tym kątem opiszę oba podręczniki – przede wszystkim jako zbiór fajnych (lub nie, to się jeszcze okaże) reguł mechanicznych. Jasne, sam pomysł na grę jest też istotny, ale w tym konkretnym przypadku ma znaczenie drugorzędne (choć i do niego się odniosę).
Zaczynamy od Worlds on Fire. Gotowi?

sobota, 1 lutego 2014

Historia? Bez przesady!

Cześć,

No cóż, to nie Ameryka na horyzoncie tej notki
Ostatnio sporo siedzę nad materiałami do L5K. Jakoś tak kusi mnie przeniesienie L5K na Fate Core. Przykro mi… od kiedy siedzę głównie w SW i Fate, to mierzi mnie wykonywanie rzutu garścią kości i sumowanie za każdym razem. No boli.
Zresztą… taka konwersja to akurat dość proste zagadnienie. Jedyne przy czym mam zgryz to magia (no, niestety L5K miało taką tradycyjną magię z długaśnymi listami bardzo sztywno określonych zaklęć, z czym Fate Core nie po drodze). No i honor – chociaż co z nim zrobić, to ja jeszcze nie wiem (Może jako umiejętność z osobnym stress trackiem?).

Ale tak mnie naszło na prowadzenie tego L5K, co prawda teraz rzeźbimy Rippersów, ale bezsprzecznie nic nie trwa wiecznie. W sumie parę fajnych, rokugańskich rzeczy w zanadrzu mam, zwłaszcza że nikt z obecnych graczy nie zna moich legendziarskich klasyków. Bells of the Dead też jeszcze na nikim nie testowałem. A kusi. A może lepiej poprowadzić coś w Ryoko Owari - oddałem nerkę za City of Lies, a się kurzy, zupełnie bez sensu. 
I wiecie, pomyślałem sobie, że się podszkolę z realiów Japonii.
Czemu?

wtorek, 7 stycznia 2014

Dziedzictwo Templariuszy

Cześć!

Ostatnio mało piszę – pewnie zauważyliście. To wszystko kwestia mojego małego syna, który pochłania mój wolny czas niczym Pac Man białe kropki. A nawet jeśli miałem czas pisać, to ten komputer z Internetami stał tam, gdzie Krzysiu spał, więc o ile jeszcze czasem coś pisałem, to lądowało to potem na dysku i czekało na czasy, gdy przeprowadzimy się i Krzychejro dostanie swój pokój, a ja będę mógł usiąść do netu na tyle długo żeby to sformatować i poskładać (takich napisanych notek to mam z 10, będę sukcesywnie je tu wrzucał). Zaprawdę powiadam Wam, dzień ten nastąpił. Znowu mieszkam w Gdyni.
Ale ta cisza nie znaczyła, że nic się u mnie nie działo. Na ten przykład ostatnio sobie wzięliśmy na warsztat scenariusz do Rippersów i pozwoliliśmy sobie go rozegrać. Kto bogatemu zabroni?
Jaki scenariusz? Czytaj dalej.