Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozważania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozważania. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 maja 2018

Burning Wheel okiem gracza

Szanowni!


Rok 2018, jak na razie, to dobry czas dla mojego erpega. Dwie równoległe drużyny, dwie kampanie, trochę sesji "przy okazji", dużo grania – lubię tak. Co ciekawe – nie prowadzę kampanii (tylko jednostrzałówki w DCC) - co jak na mnie jest nietypowe – bo od lat graczem byłem od wielkiego dzwonu. Fajnie, bo końcówka 2017 była pod tym względem paździerzowa do bólu i cieszę się, że udało się teraz narzucić niezłe tempo.
Ekstra, prawda? Cóż w naszym hobby może być lepszego od częstego, regularnego grania?
Otóż coś może. To częste, regularne granie, podczas którego poznajesz nowe gry!

Tak się bowiem złożyło, że w moim życiu pojawił się nowy system, tym razem oglądany od przeciwnej strony barykady (tzn. jako gracz), ale, rzecz jasna, dokładnie przeze mnie przeczytany. System… no niebanalny. Pod wieloma względami wspaniały. Z pewnością warty tego, by się nad nim pochylić – ale i system trudny. 
To Burning Wheel.
Miałem już dwa podejścia do Burning Empires – to gra oparta o ten sam rdzeń zasad, jednak osadzona w SF i wzbogacona o elementy dodatkowe. Odbiłem się od niej – wypalanie świata było ekstra, ale w praktyce wyłożyliśmy się na brak dogadanie na poziomie metagry – na ustalenie kto gada, jak wyglądają sceny, co może MG, a czego nie, skąd MG ma wiedzieć, co gracz chce zrobić w scenie budowania itd. – takie rzeczy. Szczęśliwie wyłożyliśmy się właśnie na elementach dodatkowych, których Burning Wheel nie zawiera. No i to jest inna ekipa. I ja też jestem o dekadę inny.
Bałem się trochę, ale, jak się okazało, niepotrzebnie.

Zanim przejdziemy dalej – grę znam jako gracz. Jasne, mam podstawkę, mam codex, przeczytałem je od dechy do dechy, ale nie prowadziłem (chociaż kusi skubanego) – a zatem to nie będzie tekst recenzjopodobny, to tylko garść uwag i impresji. Rzeczy, które są uderzające.

sobota, 28 kwietnia 2018

RPGowy rozwój.

Szanowni!

Jakiś czas temu w Internetach rozegrała się pasjonująca dyskusja w wielu odsłonach. Spór przygasał w jednym miejscu, by po chwili wybuchnąć gdzie indziej. Chodzi o nasz, jako erpegowców, rozwój. Temat, jak widzimy, emocjonujący. Ba, ja sam gdzieś tam w wir dyskusji wskoczyłem, bo gdy słyszę, że dbałość o rozwój cechuje MG od storytellingu, natomiast turlacze grający for fun mogą sobie, co najwyżej, rozwinąć rolkę wiadomego papieru w łazience, to mi się źle robi. Unoszę się. Na koń wsiadam, za szablę chwytam, wspinam się w strzemionach, skrzydłami łopocę i rzucam się błotem na Facebooku. Ale jak się już nagadam, to lubię sobie zebrać wnioski - na zimno i na spokojnie.

Zadkochron – disclaimer – piszę o tym, co działa i co nie działa u mnie. Jeżeli u Ciebie działa coś innego, to bomba. Fajnie. A nawet napisz o tym w komentarzu.

Wersja TL:DR znajduje się w podsumowaniu - ja wiem, że piszę kobyły.

Co najważniejsze:
Rozwój nie jest obowiązkowy.
Wyobraźmy sobie taką sytuację – gracie sobie w miłym gronie, sesje też sprawiają Wam masę satysfakcji. Może są zabawowe, może poważne z łzą w oku – co kto lubi. Ale udane. Nikt nie czuje niedosytu, nikogo nie rozpiera potrzeba robienia czegoś innego, lub tego samego, ale inaczej.
W tej sytuacji nie ma co się spinać. W końcu rozwój dla samego li rozwoju nie jest wartością. Ma on bowiem sens tylko wtedy, gdy podnosi satysfakcję, jaką czerpiemy z erpegowania.
Czyli grasz sobie ze znajomymi, jest git i nie czujesz, by czegokolwiek brakowało  – to doskonale, do tego właśnie erpegi wynaleziono, kontynuuj to co robisz. Dobrze Ci idzie.

Ale załóżmy, że czujesz potrzebę zmian. Co ćwiczyć?
Ha – Internet rad jest pełen, patenty są przeróżne - pozwoliłem sobie ułożyć je w kolejności od tych, które ja uważam za najmniej istotne, do tych, które uważam za rzeczy najcięższego kalibru. I odnieść się do każdej w prostych, żołnierskich słowach.

czwartek, 15 lutego 2018

Dlaczego realizm nie jest tak całkiem zbędny.


Szanowni!



Ależ mnie rozkmina naszła! Wskutek ostatnich paru dyskusji musiałem sobie, wewnętrznie, sformułować myśli na temat realizmu w RPG. Jasne, niby jakieś tam przemyślenia już miałem, miałem też jakąś wypracowaną praktykę prowadzenia, jednakże nigdy nie przysiadłem nad zebraniem tego do kupy.
Bo generalnie realizm mi nie przeszkadza, może być, ale nie jest jakimś świętym Graalem do którego dążę. Zawsze myślałem o sobie, jak o kolesiu, który najwyżej stawia zabawę i jeśli coś staje jej w poprzek, to jest zbędnym balastem, którego należy się pozbyć.

Temat jest bardzo ciekawy i dość często wypływa w dyskusjach. Często pojawia się na PIPZwRPG, a najzagorzalsi  obrońcy tego realizmu lądują na różnych szyderczych profilach. I nie bez przyczyny w sumie, bo w jego imię popełniają niejedną erpegową bzdurę i fabularna patolę – wiecie, POZNAJCIE KOSZMAR STAREGO ŚWIATA, NAPIŁEŚ SIĘ WODY, UMIERASZ NA CHOLERĘ, KOLKĘ STOLCOWĄ I ZAPALENIE OTRZEWNEJ!!! NIE MÓWIŁEŚ, ŻE WYCIĄGASZ ZAWLECZKĘ!

Jednakowoż w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że realizm ma swoje plusy – i to dość istotne. Tylko nie należy używać zwrotu „to jest realistyczne” jako świętego zaklęcia służącego uwalaniu postaci graczy.
Bo widzicie, realizm ma swoją siostrę. Nie zawsze występują razem, jedno może istnieć bez drugiego, ale często pojawiają się razem. Ta siostra to wiarygodność.

(Disclaimer - zadkochron - to moje prywatna opinia, ale przemyślana. Nie czuj się pouczany, ani zmuszany.)


wtorek, 29 sierpnia 2017

RPG a Day 2017 część druga

Szanowni!


Nie będę przedłużał, nie będę przewlekał. Jakiś czas temu opublikowałem pierwszą serią odpowiedzi na pytania, jakże istotnie, trapiące nasze społeczeństwo, dziś pora na serię drugą. Ostateczną. Nic nie zatajam, nic nie ukrywam.
A zatem, bez przedłużania, zapraszam!

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

RPG a Day 2017

Cześć!

Ostatnimi czasu słabo stoję z blogiem. Dało się zauważyć, nieprawdaż? Rzeź w robcie+dojazdy+ojcostwo+drugie w drodze - dość rzec, że duch wprawdzie ochoczy, ale możliwości małe.
Nie po to jednak piszę niniejszą notkę, by tu biadolić, lub tłumaczyć się z sytuacji życiowej. Piszę, bo ruszyła kolejna edycja RPG a Day i, podobnie jak wielu moich szanownych e-kolegów, chciałbym odnieść się do postawionych pytań. Lubię tę akcje - parę fajnych rzeczy z niej wyciągnąłem, w tym roku już zresztą też, więc swoje 3 grosze tym chętniej do ściepy dorzucę. Tym bardziej, że tegoroczne pytania są znacznie ciekawsze niż rok temu.
Aha - wpis podzielę, tradycyjnie już, na części. W tym roku, jak mniemam, na dwie.

To jak? Jedziemy?

sobota, 25 lutego 2017

Rzut oka na Kroniki Mutantów 3ed.

Czołem Kochani!

Nie tak znowu dawno rzuciłem okiem na czwartą edycję Earthdawna. Dziś czeka mnie zadanie podobne – chociaż gra zupełnie inna. Po raz kolejny jednak przyszło mi zmierzyć się z kolejną edycją starej gry. Tym razem są to Kroniki Mutantów – to taka moja niespełniona miłość czasu młodości. Jako młodzian namiętnie łupałem w Doomtroopera (czyli karciankę osadzoną w tym uniwersum), wywalając na karty całe kieszonkowe. Że też moi rodzice to tolerowali.
Potem, gdy wydawnictwo MAG zapowiedziało polską edycję to napaliłem się na nią jak dziki, ale pamiętamy jak to się skończyło (nijak). Parę lat temu (no tak z 10) nabyłem wersję angielską – czatowałem u Ala Legro z kwartał. Duma, radość, ekstaza, jednoosobowa meksykańska fala.
I co? I nic. Nigdy jej nie poprowadziłem. W tamtych czasach już trochę różnych erepegów zdążyłem poznać i czytając grę umiałem sobie z grubsza wyobrazić co zadziała, a co nie. Wiadomo, że pewności nigdy nie ma – zdarzają mi się systemy, które nie mają prawa działać – ale działają – absolutną pewność można mieć dopiero po zagraniu. Ale jeżeli czytasz grę i przy części mechanicznej robi Ci się słabo, to nie rokuje dobrze. Jasne – miałem aspiracje, pobawiłem się tworzeniem postaci – bardzo ciekawy mechanizm zresztą, ale do gry nie doszło.

I teraz kupiłem podstawkę do edycji trzeciej. Nie planowałem, ale jakoś tak wyszło. Zwykle nie wspieram crowdfundingu, bo do podjęcia decyzji o zakupie potrzebuję opinii innych użytkowników. Tutaj też długo się wahałem, bo opinie były… no różne.  Na dodatek cały czas byłem na wydawcę sfochowany. Ale kilka pozytywów ostatnimi czasy w ucho mi wpadło, zrobiłem rekonesans i stwierdziłem, że wchodzę w ten biznes.

Przy czym z góry zastrzegam, że piszę o Mutant Chronicles raczej dla ludzi, którzy już kumają Kronikomutancką czaczę – jeżeli ktoś jest w tej dziedzinie zielony, to Jaxa na swoim blogu opisał świat, frakcje i tym podobne nadzwyczaj elegancko. Polecam jego wpis. 

Aha – z góry uprzedzam. Trochę potestowałem, porozgrywałem jakieś hipotetyczne starcia, posprawdzałem kilka dodatkowych zasad, porozpisywałem bohaterów (i to tak z milijon!) itd. Ale uczciwego grania tu nie było – jeszcze. Bo, bez zbędnych przechwałek, będzie. Gra jest trzecia w kolejce. Trzeba tylko dokończyć DW (a ten idzie aż furczy) i wziąć się za ED.

niedziela, 12 czerwca 2016

K6 mgnień Drasia

Cześć.


Trochę udało mi się ostatnio poczytać – z dziedziny RPG (rzecz jasna). Nie mam chwilowo, niestety, możliwości spłodzenia obszernej recenzji każdego z tych podręczników – a nawet nie byłoby to wskazane, bo co to za recenzja, jak jeszcze nie grałem.

Dlatego pozwoliłem sobie każdy z tych podręczników potraktować jedynie krótkim podsumowaniem tego, co zaobserwowałem podczas lektury. Jak te rzeczy działają w praktyce mogę, co najwyżej, zgadywać. Co też czynię, gdy okazja jest właściwa.

Zapraszam zatem na Siedemnaście Mgnień Drasia :P
No okej, k6 mgnień będzie właściwszym określeniem.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Ciastko z wróżbą

Dzień dobry, moi mili!


Macie jakieś swoje ulubione RPGowe bon moty, hasła, złote myśli? Mi się zdarzyło poznać kilka z nich. To są fajne rzeczy – jeśli pewnego dnia założę chińską knajpę, to będę ładował je do ciasteczek z wróżbami – mają odpowiednią długość oraz pseudofilozoficzną wymowę.

Część z tych złotych myśli bezczelnie ukradłem – wtedy piszę kto jest źródłem tego zwrotu. Część sformułowałem sam – pod wpływem rozmów i własnych doświadczeń – łatwo je poznacie, to te bardziej koślawe. Nie upieram się, że to jedyne słuszne wizje RPGowe – ale hej, to będzie moja chińska knajpa, to ja tam będę szefem – mastodontem ultrasem tego dancingu. W swojej możecie pisać w ciasteczkach co Wam się żywnie podoba ;)

Aha - o wielu z tych tematów już rozpisywałem się w przeszłości. Uprzedzam lojalnie.

niedziela, 21 lutego 2016

Które Star Warsy kupić? Ale z tych nowych.

Cześć!


Marketing Star Wars kręci się na całego. Ja, przyznam szczerze, Przebudzenia Mocy jeszcze nie widziałem.

Ale co tam – Wojen Klonów (tzn. kinówki, bo ten animowany serial to zaliczyłem - nawet spoko) też nie widziałem. I żyję. 

Ale okej, mamy starą trylogię Star War, nową trylogię, i najnowszą – jak na razie to unilogia, ale sami wiecie jakie są plany. No i jest jeszcze trylogia czwarta, erpegowa – to podstawki do nowych Star Wars RPG ze stajni FFG. I każdy z tych podręczników doczekał się niejednej obszernej recenzji – dlatego też nie ma sensu, bym jakoś szczegółowo rozwodził się nad każdym z nich. Ja chciałbym skupić się na jednej, bardzo konkretnej sprawie – na ile te podręczniki się pokrywają. Na ile jest sens kupować wszystkie trzy. Jeśli już coś odpuszczać – to co konkretnie?

A coś odpuszczać?

Zacznijmy od tego – w pojedynkę każda z tych gier jest świetna. Jeżeli wiesz, że chcesz zająć się Star Wars tylko z jednej perspektywy, to wybierasz jedną grę, najbliższą Twoim oczekiwaniom i jesteś zadowolony. Raczej. W każdym razie ludzie w sieci chwalą. Ja również chwalę.
Schody zaczynają się w momencie w którym kupujesz kolejna grę z serii i odkrywasz, że zapłaciłeś w dużej mierze drugi raz za to samo. Jeżeli śpisz na kasie, to nie ma problemu (tylko bilon kłuje, i generalnie może wchodzić… no sami wiecie gdzie). Jeżeli nie śpisz (bo np. zamiast zarabiać ciężkie siano, grałeś w RPG i wyobrażałeś sobie, jak wynosisz ciężkie siano z lochów), to możesz poczuć, że wywaliłeś kasę w błoto.
Ale FFG umożliwia, ba wręcz poleca, łączenie podręczników. Z ich punktu widzenia ma to jak najwięcej sensu. A z naszego?

A to zależy. Już tłumaczę.

niedziela, 24 stycznia 2016

Nie pisz scenariuszy! Bo sparciejesz!

Najdrożsi!


Jakiś czas temu byłem świadkiem dyskusji o scenariuszach. Zresztą – te dyskusje pojawiają się dość często – w różnych zakamareczkach naszej e-aktywności. Czasami na FB, czasami na portalach, czy jakichś forach, a czasami wręcz na żywo i to przy alkoholu. W zasadzie argumenty poruszane podczas takich rozmów są zwykle takie same - scenariusze są do kitu. I to nie tylko kupne (te są do kitu po dwakroć – szczęśliwie to nie nimi dziś się zajmiemy), ale też własne. Scenariuszy pisać nie warto po prostu. To piramidalna i nieunikniona strata czasu. Nie ma sensu się przygotowywać. Należy iść na żywioł. Od groma ludzi głosi takie poglądy.
Czasami w takich dyskusjach dopuszczalne jest zanotowanie głównego pomysłu. Niektórzy deklarują też wymyślanie imion bohaterów w autobusie w drodze na sesję. Imiona te można zapamiętać, zanotować na kartce, lub też (co przewijało się w paru dyskusjach i z pewnością miało świadczyć o wielce dorosłości piszącego) na paczce fajek.
I to jest dopuszczalne maksimum. Natomiast wszystko powyżej uchodzić miało za przejaw frajerstwa lub też despotyzmu MG. Frajer – despota to nadzwyczaj karkołomne połączenie.

Ja, najwyraźniej, mam w sobie coś z despotycznego frajera, bo uważam, że scenariusz to rzecz ważna. Lubię go mieć. Lubię, ba – wręcz uwielbiam – gdy ma go mój MG. To łatwo wyczuć. I nie mogę się zgodzić z głównymi argumentami przeciwko scenariuszom, które zwykle w takich dyskusjach padają. A właśnie nad tym zagadnieniem pragnę się dziś pochylić.

Aha – a na paczce fajek pisze się słabo. Raz, że lakierowana (ołówek nie pisze, długopis też nie, atrament się rozmazuje – trzebaby jakimś pisakiem) dwa, że kolorowa, trzy, że i tak nie palę. I tak dobrze, ze nie na pudełku zapałek, jak jakiśtam Umberto Eco.

Ale wróćmy do meritum, wedle tego co piszą ludzie w Internetach nie warto pisać scenariuszy bo…

czwartek, 19 listopada 2015

Po co? Po to!

Cześć kochani!


Zapewne zauważyliście, że od pewnego czasu dość mocno walczy się w Internetach z poglądem „Po co, skoro jest Warhammer”. Wypowiadał się w tej branży i Baniak i Marcin Kuczyński, były przeróżne głosy przeróżnych fandomitów, ba jest nawet na Fb profil „Granie w Warhammera świadczy o brakach w samodzielnym rozumowaniu”. Cóż mogę powiedzieć – Baniaka lubię, Marcina słucham z niemałą przyjemnością, fandomici i fandomitki to osoby które szanuję i często też zwyczajnie lubię, a wspomniany profil na Fb śledzę regularnie bo pisze o fajnych systemach. Ale odnoszę wrażenie, że wszyscy walczą z tezą, której od dłuższego czasu nie słyszy się wypowiadanej na poważnie. Tak piszą już tylko trolle z Poltera.

Aha - jest jeszcze notka BohoMaze, z którą w niemałym stopniu mogę się zgodzić.


Jasne, są jeszcze dinozaury, które mogą poprowadzić wszystko na Cyberowych dziesiątkach, ale jest ich mało i są sprytnie poukrywani. Nie istnieją w Internetach – takie przynajmniej odnoszę wrażenie – dlatego też sądzę, że toczymy walkę ze zjawiskiem, o którego przejawy trudno ostatnimi czasy. 

Dawniej zaś zjawisko omawiane dwóch grup ludzi dotyczyło – takich, którzy grają tylko w Warhammera oraz takich, którzy uważają, że wszystko można poprowadzić na Warhammerze – na jego zasadach. Star Wars? Spoko, zrobimy blastery na statsach kuszy powtarzalnej, tylko z S5. W czasach, gdy hasło „Po co, skoro jest Warhammer” pisane było jeszcze na poważnie chodziło częściej o to drugie podejście – i do tego też w notce dzisiejszej odnieść się spróbuję.

Ale wiecie co – zacząłem nad tym myśleć i stwierdzam, że trochę racji w „Po co, skoro jest Warhammer” jest. To stwierdzenie nie jest takie głupie, jakby się zdawać mogło. Tylko spójrzmy na to szerzej – nie tylko na Warhammera, ale rozwińmy zagadnienie. Po co, skoro są Sewedże? Po co, skoro jest ZC? Po co, skoro jest WOD?
Czemu nie poprowadzić realiów X na mechanice gry Y? Czy można grać niekoszenie? A jeśli tak się już stanie, to co z tego?

A, że się tak szczęśliwie złożyło, że pochorowałem się i zalegam dziś w domu. To i mam czas by zebrać do kupy ten nienowy tekst. 

sobota, 10 października 2015

O historii bohatera.

Cześć!

Dziś temat, który męczył mnie od dłuższego czasu. Chodzi o to jak wiele o naszym bohaterze wiemy zanim zacznie się sesja i na ile powinno to wpływać na naszą grę. A czy w ogóle powinno wpływać? A może nie? Dlatego też pozwól, że wyleję tutaj kilka swoich, naprawdę bardzo osobistych, przemyśleń.
I pozwól, że zaznaczę – niniejszą notkę piszę głównie z perspektywy MG. Graczem bywam od przypadku do przypadku, MG zaś jestem przy ustawieniach difoltowych.

Przy czym wiem, że nie odkrywam Ameryki – wielu ludzi ma poglądy podobne do moich. Dla nich będę pisał rzeczy oczywiste. Jest też, jak zaobserwowałem, grupa ludzi dla których prawił będę farmazony. I właśnie to do nich adresuję tą notkę, żeby pokazać, że to nie aż takie farmazony.
Bo uważam, że zbyt dokładna historia bohatera to niepotrzebne draństwo. Czemu? Czytaj dalej.

czwartek, 20 sierpnia 2015

RPG-a-month - szesnastopak!

Szanowni!

Ponieważ w dalszym ciągu nie mam zamiaru zamęczać Was nadmiarem notek, to i tym razem dokonałem pewnej - niemałej dodajmy - kompresji. I upchnąłem odpowiedzi na szesnaście pytań w jednej notce. Przyznaję, że tym samym wyłażę nieco przed szereg - bo do końca miesiąca czasu niemało, ale akurat miałem wolne popołudnie i mogłem spędzić je nad klawiaturą. 
Podobnie jak poprzednio - pozwoliłem sobie pozmieniać treści niektórych pytań, bo w niektórych tematach nie mam zbyt wiele do powiedzenia. Zresztą sami propagatorzy i pomysłodawca akcji popierają taką zmianę pytań.
Pozostaje mi tylko życzyć Ci miłej lektury. 

wtorek, 11 sierpnia 2015

RPG a month - piętnastopak!

Szanowni!

Trwa miesiąc odpowiedzi na pytania dotyczące RPG. Nie będę zamęczał Was gradem krótkich notek. Zamiast tego podzielimy miesiąc na dwie eleganckie połóweczki i opublikuję odpowiedzi w dwóch rzutach. Parę pytań, zgodnie z sugestiami autora pomysłu, pozwoliłem sobie zmienić, bo nie miałbym wiele do powiedzenia.

To jak? Gotowi?

środa, 5 sierpnia 2015

Czy MG musi być dobrym mówcą?

Czołem!

Szanowni, ostatnio przez PIPZWRPG (Panie i Panowie zagrajmy w RPG – taka grupa na Fejsie)
przetoczyła się nad podziw intrygująca dyskusja. Był tam użytkownik, początkujący MG, który chciał poprawić swój warsztat, by stać się lepszym prowadzącym. Z tym, że chciał skupić się na takich kwestiach jak elokwencja, odgrywanie, modulowanie głosu, opisy i tak dalej. I dostał wiele rad. Ja też napisałem pościka w którym wyrażam swój pogląd na ten temat – czyli, że (moim zdaniem) w byciu dobrym MG nie koniecznie chodzi o aktorstwo i, że człowiek ten chce się uczyć czegoś, co niekoniecznie przekłada się na efekt.
Przy czym jednak wielu dyskutantów uważało takie działania (czyli ogrom aktorstwa) za pożądane, czy wręcz oczywiste – pojawił się i Demostenes ze żwirem w buzi i próby przed lustrem i literatura piękna i podręczniki retoryki i rekwizyty i zasłanianie mebli by nie rozpraszały…
I to zainspirowało mnie do popełnienia niniejszej notki, znacznie obszerniejszej niż ów post, który napisałem – bo mimo wszystko gość zadał konkretne pytanie, więc co ja będę Go zarzucał „Drachową Teorią Wszystkiego”. Ale z blogiem sprawa jest prostsza – tutaj uzewnętrznienie się na dany temat uważam za rzecz normalną, a nawet pożądaną.
I jeszcze jedno – głoszone tu przemyślenia są zupełnie, całkowicie, absolutnie osobiste, nie mają na celu nawracania nikogo na jedyną słuszną wizję moich erpegów. Dzielę się poglądami, ale nie wahaj się mieć własnych.

wtorek, 28 kwietnia 2015

Pożegnanie z Pyrkonem?

Siema, siema i po siemie.

Byłem na Pyrkonie. Nie pierwszy raz zresztą. Generalnie nie jestem przesadnie konwentowym stworzeniem – raz do roku to dla mnie w sam raz. Przez ostatnie osiem lat tym dorocznym konem był dla mnie Pyrkon. Widziałem na własne oczy przemianę konwentu w targi fantastyki (oraz, rzecz jasna, statki szturmowe w ogniu sunące ku ramionom Oriona, a także inne wspomnienia, które zginą wraz ze mną jak łzy na deszczu). I było spoko. Czy to na Dębcu, czy na MTP – było git. Jasne, czasami zdarzały się jakieś zgryzy – a to nie udało się wejść na prelkę, albo ochroniarz na spalni wystartował do mnie z grabiami – ale ogólnie było zawsze bardzo pozytywnie, a jakieś tam niewielkie zgrzyty nie były w stanie zgasić mojego zadowolenia.  
A tym razem się zirytowałem.

Tu może mały disklejmer – moja ocena jest aż do bólu subiektywna. Interesuje mnie RPG – głównie. Inne rzeczy w mniejszym stopniu. Manga i Anime w zupełnie znikomym. My Little Pony? Burn it with fire. Idę na konwent dla rzeczy merytorycznych. Najlepiej RPGowych. A jak na prelce będzie można pogadać w większym gronie, to już zupełnie super.
Czyli co?
Program, Głupcze!

środa, 25 marca 2015

Wojenko, wojenko...

Cześć!

Działania wojenne to chyba jeden z moich ulubionych motywów w RPG. Osobiście uważam, że tego rodzaju sesje mają w sobie ogromny potencjał, jednakowoż wiążą się z dużym ryzykiem – stosunkowo łatwo jest położyć zagadnienie. Mi udało się wtopić i to wielokrotnie. Ale dzięki temu jestem bogatszy o odpowiednie doświadczenia (a uboższy o krew, pot i łzy, którymi je okupiłem). A zatem – Ty nie musisz popełniać błędów, bo ja dniami i nocami popełniałem je za Ciebie. Ponoć kanclerz Bismarck powiedział kiedyś, że tylko głupcy uczą się na własnych błędach – bo znacznie lepiej uczyć się na cudzych. Dlatego też zapraszam do lektury – a nuż coś z tego Ci się przyda.


środa, 17 grudnia 2014

Ile Tolkiena w Tolkienie

Cześć!

Edycja reviśnięta.
Dziś postanowiłem opowiedzieć Wam trochę więcej o grze, którą ostatnimi czasy ekscytuję się niczym małoletnia (zresztą pełnoletnich podobno i tak nie ma) Belieberka wizją koncertu swojego kanadyjskiego słowika.
Ale, że są dni w których my wszyscy jesteśmy piszczącymi nastolatkami, to i na mnie w końcu padło. U mnie przyczyną takiego stanu są najczęściej gry RPG. I jedną z nich jest The One Ring. Jednakowoż niniejsza notka nie będzie recenzją produktu – ich znajdziecie w sieci niemało. Raczej napiszę dlaczego The One Ring bardzo dobrze oddaje ducha Hobbita i Władcy Pierścieni (bo Silmarilion czy Niedokończone Opowieści to trochę inna bajka). Jakie zawiera mechanizmy, które właśnie ten efekt dają i co różni The One Ring od przeciętnego RPGa? Bo przecież takich tolkienistycznych RPGów to było parę, co z nimi było nie tak?
Jak to co?


poniedziałek, 13 października 2014

Co znaczy poprawne RPG?

Cześć!

Ostatnimi czasy brałem udział w dyskusji o systemach. O tym, czy gry mają jakiś swój domyślny styl/temat oraz jakie są tego konsekwencje. Czy robienie westernowej strzelaniny w Magu ma sens? Czy przypomina raczej pompowanie balonu strzykawką? Co złego stanie się, jeśli Wampir dorobi się miana śmiesznej gry o rzucaniu samochodami? Po prostu - na ile można w daną grę grać źle – lub dobrze?
Bo wiecie – ja przez całe lata wierzyłem w „System does matter” i stoczyłem pewnie niejedną dyskusję o tym, jak dobrze grać w daną grę (np. Jak pokazać graczom „prawdziwe” L5K i nie przesadzać z bieganiem w szlafrokach). W „System does matter” wierzę zresztą do dnia dzisiejszego – jednak z paroma zastrzeżeniami. 

Impulsem do napisania niniejszej notki była ostatnia fejsbukowa dyskusja w grupie Panie i Panowie Zagrajmy w RPG. Postanowiłem nieco rozwinąć głoszone przez mnie poglądy i przedstawić je w bardziej rozbudowanej postaci, na co fb nie daje możliwości. Ogólnie dzięki wspomnianej powyżej grupie przeczytałem niemało ciekawych treści i poznałem bardzo fajnych ludzi. I pomyśleć, że dołączyłem do niej tylko po to, by sprawdzić czy Malta naprawdę napisała o Polterze to, co ludzie mówili, że napisała (Ku mojemu zaskoczeniu – tak, napisała. Niewiarygodne!)
No nic, zapraszam do lektury.

sobota, 27 września 2014

KB 59 - Statki, morza i erpegi.

Ahoj!

Urzekł mnie ten temat. Wszelkie morskie motywy uważam za bardzo intrygujące RPGowo. Mam tak za sprawą zarówno literatury, jak i filmu, jak i (i to w niemałym stopniu) gier komputerowych, zwłaszcza takiej jednej autorstwa Sida Meiera. Po prostu morza i oceany oraz to, co z nimi się wiąże, jest niesamowicie nośne fabularnie. Niezależnie od epoki, niezależnie od konwencji.
Ja to ogólnie jestem nadmorskim chłopakiem i te marynistyczne ciągoty nieraz przejawiam. Mój tato był marynarzem – w Gdyni bardzo wielu ma w bliższej lub dalszej rodzinie kogoś związanego z morzem. Przez całe lata pierwszym moim widokiem każdego dnia były wody Zatoki Gdańskiej. Zresztą… no kurcze, od zarania Dziobloga jego tłem jest ORP Błyskawica – nie bez przyczyny. Ba, nawet mój pierwszy opublikowany scenariusz wiązał się z morzem i Gdynią.

Ale, ale, Szanowny Czytelniku, nie będę zanudzał Cię historiami z mojej młodości, nie będę pisał o romantycznych spacerach brzegiem morza, nie będę pisał o dziesiątkach sesji w rotundzie nad plażą, nie. Podam Ci za to kilka powodów dla których morza, okręty i tym podobne są fajne na sesji – jasne, to nie jest jakoś mega wyczerpujące zestawienie, kilka uwag luźnych, kilka pomysłów swobodnych, ale są to rzeczy, z których często korzystałem i wiem, że działają w praktyce.